lewacka przypadłość?
Oglądałem kilka dni temu, bodajże na TVP Kultura, dokument poświęcony różnym stronom dzisiejszego świata – jak rozumiem intencje autorów świata pełnego sprzeczności i absurdów. Tak więc z jednej strony mamy nastolatkę z Kuby, która będąc pierwszy raz w Europie najbardziej zachwycała się pełnymi półkami produktów, McDonaldsem i MTV. Z drugiej strony mamy zblazowanego Szweda, który doradzając wielkim korporacjom dorobił się kilku milionów euro (?) w młodym wieku. Co robi młody, nagle bogaty Szwed? Smędzi jak trudno jest wydawać kasę, oraz zastanawia się nad sensem życia.
Nic to. Najbardziej rozwścieczył mnie”profesor”. Mieszka sobie taki gdzieś na przedmieściach zachodniej metropolii i narzeka na upadek cywilizacji, władzę korporacji, wstrętny konsumpcjonizm. Dobra, przełknąłem to. Ale zaczęło mnie nosić, gdy zaczął on tłumaczyć że agresywne manifestacje są lepszym wyjściem niż “setki pokojowym protestów”, “tylko z transparentem i czystym sumieniem”. Bo politycy reagują dopiero wtedy jak spali się kilka samochodów. Jak podejrzewam profesor nie posiada własnego samochodu. W jednym ma racje – politycy reagują gdy spali się kilka samochodów. Nie tyle politycy co władza. Działa odruch Pawłowa wyuczony przez kilkanaście tysięcy lat, odkąd w jakimś plemieniu ustalono, że jedynie przywódca ma prawo bić innych po łbach. Władza doskonale wie co robić z agresywnymi tłumami – pacyfikuje je.
Skąd tytuł posta? Z szewskiej pasji na lewaków, którzy wierzą w powtórkę Rewolucji Francuskiej. Z jakiejś fanatycznej wiary w to, że pewnego dnia, po rzuceniu kolejnego kamienia w szybę sklepu Nike, albo podpaleniu ętego samochodu, obywatele pomyślą – hej, oni mają rację, wyjdę na ulicę i podpalę najbliższy samochód, to z pewnością pomoże obalić system. A może liczą na to, że politycy przestraszą się?
Kretyństwo.